Sortownia szczęścia - piotr

Data dodania: 1514305814

Tekst pochodzi ze zbioru opowiadań Piotra Tosza pt. "Opowiadania dla wrażliwych"

Wezwanie na wojskową komisję lekarską dostaliśmy z Benem tego samego dnia. Pamiętam ten dzień dokładnie. Beno przybiegł wtedy do mnie i szybko łapiąc oddech, zawołał od drzwi:
– Dostałem wezwanie! Na komisję, tą od wojska!
Był tak przejęty, jakby dostał wezwanie wprost na jakąś linię frontu. Ściskał w dłoni białą kopertę i gapił się na mnie, jakby oczekiwał, że coś mogę z tym wezwaniem zrobić. Sięgnąłem wtedy na kuchenny kredens i pokazałem mu taką samą kopertę.
– Ty też?! – zapytał, a zaraz po tym dodał z wyrzutem. – Przecież takich ja ty nie biorą.
„Takich jak ja” oznaczało w wypowiedzi Bena chorych psychicznie. Miałem ochotę go serdecznie zdzielić w łeb, lecz wybaczyłem mu, bo wyglądał na bardzo przejętego i najzwyczajniej mógł nie poczuć taktu. Zresztą Beno też chorował. Nic wielkiego, lekka depresja. Był czas, gdy chodziliśmy do poradni razem. Potem Beno wrócił na życiowe tory i pojechał dalej, gdy ja wciąż stałem daleko na bocznicy jak mały, zardzewiały wagon.
– Nie panikuj – uspokajałem go. – To tylko komisja lekarska, a nie wezwanie do służby. Jak się będziesz uczył, to cię nie zgarną.
Trochę to go uspokoiło, lecz nadal widziałem, że siedzi w nim lęk. Był bardzo czytelny w swej mimice czy gestach i patrząc na niego, człowiek zawsze wiedział, czego się po nim spodziewać. Gdy mu kiedyś o tym powiedziałem, to stwierdził, że mam jakieś urojenia. Urojenia, czy nie, czytałem z niego z taką łatwością, z jaką czytam artykuł w gazecie.
Dwa tygodnie później siedzieliśmy razem na korytarzu w budynku Wojskowej Komisji Uzupełnień. Było nas tam znacznie więcej chłopaków, młodych, silnych i odważnych, przed którymi świat kłaniał się w pas. Jednak spoglądając nieco pod powierzchnię tej młodości, siły i odwagi, to każdy z nas na swój sposób się bał. Niektórzy zgrywali się, jak mogli, aby tylko zatuszować swój strach. Z tego powodu w korytarzu co chwilę ktoś klął, opowiadał dowcip czy głośno dyskutował.
– Ty to masz szczęście, że do wojska cię nie wezmą – Beno szturchnął mnie ramieniem.
– Nie cykaj, Beno – próbowałem go uspokoić. – Jak masz dokumentację z poradni, to może ci się też udać.
– To moja cała nadzieja – westchnął cicho Beno.
Podszedł do nas jakiś chudzielec i usiadł na krzesełku obok Bena.
– Podobno do tyłka zaglądają – wskazał na drzwi, w których zasiadała komisja.
Beno zniesmaczył się nieco i rzekł:
– Niech zaglądają gdzie chcą, byle by dali odpowiednią kategorię.
Drzwi gabinetu komisji otworzyły się. Wyszedł z nich tęgi mężczyzna z okrągłą łysą głową. W prawej ręce trzymał listę, z której wyczytał nazwiska:
– Wąchalski, Kacyk, Jurkiewicz!
Chudzielec podskoczył na krześle jak ukłuty igłą w tyłek, po czym wstał i wszedł do gabinetu. Zaraz za nim weszło jeszcze dwóch chłopaków.
– Wiesz, ja im powiem, że dalej mam myśli samobójcze – rzekł Beno, a w jego głosie słychać było obawę.
– A masz? – zapytałem.
Beno spojrzał na mnie z ukosa. Zmarszczył nos, jakby chciał mi pokazać, że zagrałem w jego czuły klawisz, jakim była prawdomówność.
– Beno – pokiwałem przecząco głową. – Tylko im tam nie kłam. To nie przystoi.
Skrzywił się jeszcze bardziej, wyciskając całą swą złość na swej młodej twarzy.
– A niech cię – machnął ręką w powietrzu.
W korytarzu zaczynało robić się tłoczno. Rozmowy zlewały się ze sobą, zamieniając się w gwar. Jedni przekrzykiwali drugich, ktoś nawet zaczął coś śpiewać. Drzwi gabinetu komisji znów się otworzyły i wyszło z niego trzech chłopaków.
– Mielecki, Paczkowski, Krokiet! – zawołał łysy mężczyzna, wychylając się zza drzwi gabinetu.
Kilka głosów zaśmiało się z ostatniego nazwiska, a jakiś dowcipniś zawołał do tego:
– Jeszcze Barszczyka pan zapomniał.
Łysy mężczyzna zrobił groźną minę.
– Co?! – ryknął łysy.
– Bo krokiet to z barszczykiem jest najlepszy! – zawołał dowcipniś i cały korytarz wypełnił się szyderczym śmiechem.
Śmiali się chyba wszyscy oprócz wysokiego muskularnego chłopaka z zawstydzoną miną, do którego nazwisko to pewnie należało, a który po chwili zniknął w głębi gabinetu komisji razem z łysym mężczyzną.
Siedzieliśmy tam jeszcze z godzinę. Widziałem, jak Beno męczy się i traci siły z każdą minutą w tym stresowym czekaniu. Zupełnie jakby był oponą z malutką dziurką, z której powoli uchodziło powietrze. Tak z niego uchodziła nadzieja na to, że uda mu się zdobyć wymarzoną kategorię D. Przy każdym wywoływaniu nazwisk spinał się i nasłuchiwał, lecz jego nazwisko nie padało. Gdy wtedy patrzyłem na niego w tym korytarzu, wydał mi się dziwnie kruchy i słaby, jak suchy patyk.
Wreszcie padło nazwisko Bena. A po dwóch następnych kolejkach padło i moje. Oboje dowiedzieliśmy się, co skrywa się za drzwiami gabinetu komisji. Dowiedzieliśmy się też, do czego służy parawan w rogu gabinetu. Choć każdy z nas dostał sprawiedliwie to, co mu się należało, oboje czuliśmy się trochę nieswojo.
– Ty szczęściarzu – rzekł do mnie Beno, gdy wyszedłem z gabinetu.
Wracaliśmy do domu w milczeniu. Beno kopał przed sobą niewielki kamyk. Smucił się kategorią A, która otwierała mu drzwi do poboru wojskowego. Mi doskwierało to, że kategorii A nigdy mieć nie będę. Wzbierała we mnie złość na Bena i na takich jak on, którym chętnie wcisnąłbym w twarz to, co Beno nazywał u mnie „szczęściem”.

Komentarze

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

PsychoSzał wersja 0.1a - Copyright © 2017 Piotr Tosz
Ta strona używa plików cookies niezbędnych do prawidłowego działania. Akceptuję ciasteczka z PsychoSzał.pl więcej informacji