Adrian - piotr

Data dodania: 1514305223

Tekst pochodzi ze zbioru opowiadań Piotra Tosza pt. "Opowiadania dla wrażliwych"

Czwartkowe popołudnia Adrian spędzał z ciotką. Opiekowała się nim w czasie, gdy jego tata jechał na cotygodniowe zebrania do firmy. Były to chwile, gdy zarówno Adrian, jak i ciotka dawali sobie trochę czasu wolnego. Tym sposobem ciotka oglądała w telewizji swe ulubione seriale, a Adrian oddawał się temu, co lubił najbardziej – marzeniom. Siadał wtedy po turecku na tapczanie lub na podłodze, zamykał oczy i marzył.
Nigdy nikomu nie mówił, o czym marzy, a zapytany o to, czemu tak siedzi cicho w bezruchu, rumienił się tylko i nie odpowiadał. Krainę swych marzeń traktował jako swój prywatny świat, do którego za nic nie chciał nikogo wpuścić. Zanurzał się w tę wyimaginowaną rzeczywistość i pływał w niej jak wyborowy pływak. Był to stan, jaki odczuwał niemal w całym ciele, a jego powieki i wargi często poruszały się lekko, gdy oddawał się swym marzeniom.
Jak na siedmiolatka był nad wyraz spokojny. Mało mówił i mało wyrażał z tego, co w nim siedziało. Pamiętał zwrot, jakiego używali dorośli, określając jego spokojne usposobienie. Mówili wtedy o autystycznej postawie, która kojarzyła mu się bardziej technicznie z autami, niż z jakimkolwiek stanem ducha.
– Cześć Adrian. Słyszałam, że we wrześniu idziesz do szkoły – przywitała go ciocia.
– Tak, idę – powiedział Adrian.
Ciotka uścisnęła go, całując w czoło.
– Cieszysz się z tego? – zapytała.
– Nie wiem, ciociu. Tata mówił, że to szkoła dla wyjątkowych dzieci, więc chyba będzie dobrze.
– Na pewno – odparła, po czym usiadła w fotelu i załączyła telewizor.
Adrian udał się na łóżko. Swym zwyczajem usiadł po turecku i zamknął oczy. Znów żwawo poruszał się w swej krainie. W tle słychać było jakieś dziecięce okrzyki dochodzące zza okna. Nie przeszkadzało mu to wcale, a wręcz pomagało w marzeniach. Używał krzyków i głosów dochodzących z zewnątrz jako głosów postaci, które tworzył w swej wyobraźni.
– Adrian. Możesz zamknąć okno? Te dzieciaki dziś strasznie hałasują. Telewizora nie słyszę – rzekła ciotka.
Otworzył oczy i rozejrzał się błędnie po pokoju, jak ktoś wyrwany właśnie ze snu. Wstał i podszedł do okna. Za oknem zobaczył grupę dzieci w różnym wieku grających w piłkę nożną na trawniku przed blokiem. Był to pierwszy raz, gdy Adrian widział grające dzieci na tym niewielkim skwerze.
Ten fakt bardzo go zaciekawił, na tyle, że zagapił się na grających, zapominając zupełnie o wszystkim.
– No zamknij to okno – dopominała się ciotka.
Sięgnął ręką do klamki okna i szybkim ruchem zamknął okienne skrzydło, sprawiając, że w domu zapanowała cisza przerywana jedynie przez głosy z telewizora. Usiadł na krześle przed oknem i bacznie obserwował grających w piłkę nożną. Był tym tak pochłonięty, że nie usłyszał nawet tego, gdy ojciec wrócił ze spotkań firmowych. Siedział w bezruchu i z na pół otwartą buzią gapił się na grające dzieci.
– Nie myśl tyle, bo myśliwym zostaniesz – rzekł tata, klepiąc Adriana w ramię.
Adrian ocknął się na moment i spojrzał na uśmiechniętą twarz taty.
– Tata, ja też chciałbym tak grać – wskazał palcem za okno.
Ojciec spojrzał na trawnik za oknem, gdzie dzieci ganiały za piłką.
– Rozumiem – twarz taty przybrała poważniejszą minę. – W tej nowej szkole pograsz sobie pewnie nie raz.
Wrócił wzrokiem na grające w piłkę dzieci, które z werwą biegały za wysłużoną futbolówką. Słońce oświetlało jedną część boiska. Druga część schowana była w cieniu, jaki rzucał budynek sąsiedniego bloku.
Przy oknie spędził całe popołudnie i wieczór do czasu, gdy mali gracze skończyli grę. Był tak pełen emocji, że dopiero w tamtej chwili odczuł długo przetrzymywaną potrzebę fizjologiczną. Zerwał się do biegu w stronę ubikacji. W głowie huczało mu od nadmiaru emocji, jakie wywierał na niego obejrzany przed chwilą mecz. W przeszłości widział mecze piłki nożnej w telewizji, które oglądał jego tata, lecz żaden z nich nie dał się porównać z tym, które widział na trawniku za oknem. Te z telewizji traktował jak coś zupełnie odległego od tego, co miał na co dzień i nie interesowały go one za bardzo. Ten zza okna natomiast pokazał mu grę w piłkę z zupełnie innej perspektywy. Zobaczył w tym zdrową rywalizację, zmierzenie się sił i umiejętności takich małych chłopców jak on. W środku niego coś jakby ożyło, jakaś cząstka umysłu odpowiedzialna za zdrowe współzawodnictwo teraz rozkwitła jak świeży, młody kwiat.
Późnym wieczorem, leżąc w łóżku, rozmyślał o tym, co widział za oknem. Zamknął powieki, pod którymi odtwarzał widoki gry zapamiętane podczas dnia. Widział ich wszystkich, chudego i wysokiego rudzielca, malutkiego bramkarza czy niezwykle zwinnego chłopaka w dżokejce, który strzelił najwięcej goli. Tej nocy zasnął nad ranem, gdy zaczynało już świtać.
Podczas minionej nocy nasunęło mu się w głowie kilka pytań, z których najbardziej dominujące pytanie postanowił zadać tacie następnego dnia rano.
– Tata?
– Tak, synu? – zapytał ojciec, unosząc wzrok znad monitora komputera.
– Czemu ja nie wychodzę z domu jak inne chłopaki?
Na to pytanie w głowie taty zrodziła się obawa. Adrian stawał się coraz większy i zadawał coraz więcej pytań. Nie mógł go zbywać, a z drugiej strony nie wiedział już jak odpowiedzi ubierać w ładne słowa, odpowiednie dla wieku Adriana.
– Jesteś wyjątkowym chłopcem – odparł. – Na świecie jest wielu zwykłych chłopców, którzy ganiają za piłką. Ale czasem zdarza się, że ktoś jest wyjątkowy, kto potrzebuje specjalnej uwagi, specjalnego domu i specjalnej piłki do gry.
Ta odpowiedź nie zadowoliła Adriana. Zastanawiał się nad tym aż do popołudnia. Miał wiele czasu na myślenie, podczas gdy tata był zajęty pracą przy komputerze. Próbował porównać siebie do innych dzieci i znaleźć jakąś różnicę, która oznaczałaby wyjątkowość, o której mówił mu ojciec. W myślach porównywał ze znajomymi mu dziećmi swe ubrania, anatomię, sposób mówienia, czy nawet znajomość bajek w telewizji. Nic jednak nie pozwalało mu na uchwycenie tej różnicy, która czyniła go wyjątkowym.
Z zamyślenia wyrwał go głos, który doszedł jego uszu zza szeroko otwartego okna.
– Oriony grają pod słońce! – zawołał głos.
Dynamicznie zeskoczył z wersalki i podbiegł do okna. Zobaczył tam tą samą grupkę dzieci, która grała w piłkę nożną poprzedniego dnia. Był tam i chudy rudzielec, i malutki bramkarz, i chłopak w dżokejce, jak i cała reszta drużyny. Na twarzy Adriana znów malowało się niemałe zaciekawienie. Zobaczył, jak dzieci zrywały małe gałązki z pobliskich krzaków. Następnie jeden z chłopców odmierzył swymi stopami odpowiednią długość i wbił patyczki w ziemię, oznaczając tym sposobem malutkie słupki bramek.
Mecz zaczął się. Adrian pobiegł tylko na kilka sekund do swego pokoju, złapał długopis oraz zeszyt, w którym zazwyczaj coś malował, i pobiegł z powrotem do okna. Z zaciekawieniem oglądał zmagania grających chłopaków. Przy każdej strzelonej bramce stawiał kreskę po jednej ze stron rozłożonego zeszytu, zapisując w ten sposób wynik.
Tamtego dnia oglądał mecz przy otwartym oknie, co dawało mu możliwość słyszenia okrzyków z boiska. Tym sposobem poznał imiona i przezwiska piłkarzy.
– Bodi! Podaj!
– Dawaj Luki, dawaj!
– Faul! Sadok faulował!
Dowiedział się, że mały bramkarz miał ksywkę Bodi, a zawodnik z rudą czupryną, który od tamtego spotkania stał się jego ulubieńcem, nazywał się Śliwa. Zauważył też, że i drużyny mają swoje nazwy. Ta, w której grał rudzielec Śliwa to była drużyna o nazwie „Oriony”. Przeciwna drużyna nazywała się „Pioruny”.
Na kartce przybyło wiele kresek. Adrian był bardzo skupiony tak, aby nie umknął mu żaden gol. Przy kolejnej strzelonej bramce z okna bloku po prawej rozległ się donośny głos:
– Wojtek! Tomek! Do domu! – zawołała czyjaś mama.
Tym sposobem mecz się zakończył. Adrian słyszał jeszcze kilka okrzyków zawodników obydwu drużyn:
– Pioruny to wapniaki! – śmiał się ktoś.
– Oriony to cieniasy! – przekrzykiwał się ktoś inny.
Po zakończeniu meczu Adrian pobiegł do taty. Trzymając w ręku swój zeszyt, powiedział przez wciąż rozemocjonowane gardło:
– Tata, policzysz mi wynik?
Tata spojrzał na dwie kartki zeszytu, na których widniało wiele kresek. Wziął od Adriana długopis i zakreślając kreski po pięć, policzył wynik.
– Na tej kartce jest piętnaście, na drugiej siedemnaście. Ci z drugiej kartki wygrali.
Na tę wiadomość Adrian aż podskoczył z radości.
– To kartka Orionów. Oriony wygrały! – zawołał ucieszony i zaczął biegać dookoła biurka taty.
Przez następne sierpniowe dni uważnie śledził mecze Orionów i Piorunów. Tata przygotował mu specjalne podwyższone krzesło, dzięki któremu Adrian nie musiał stać przy oknie, lecz mógł siedzieć i oglądać mecze. Marzeniem Adriana było mieć takie krzesło na balkonie, lecz tata nie zgodził się na to, aby Adrian przebywał na balkonie sam.
Z dnia na dzień przybywało w zeszycie Adriana zapisanych kreskami kartek . Poznał wszystkich graczy Piorunów i Orionów. Czasem pojawił się ktoś nowy, a czasem brakowało kogoś, lecz zawsze Adrian wypatrywał tego jednego, swego cichego bohatera, rudowłoswego Śliwę. To przy golach strzelonych przez niego Adrian cieszył się najbardziej. Śliwa miał w sobie coś, co czyniło z niego niekwestionowanego przywódcę Orionów. Wyglądał też na najsilniejszego i potrafił kopnąć piłkę tak mocno, że bramkarz pomimo próby obrony przewracał się z piłką do bramki.
– Gol! Tata! Śliwa strzelił z przewrotki! – zawołał do pokoju, w którym pracował jego ojciec.
– Brawo! – odpowiedział tata.
Ojciec Adriana zauważył, jak codzienne mecze przed oknami ich bloku działają na jego syna. Rozpaliły w nim jakąś niewidzialną iskierkę życia, dzięki której Adrian wyrażał wiele z przeżywanych emocji. W chwilach euforii Adriana podczas oglądanych meczów ojciec wyobrażał sobie, że Adrian jest taki, jak jego rówieśnicy, rozkrzyczany, energiczny i krzepki. Cieszył się za każdym razem, gdy jego syn pełen wigoru wbiegał po meczu do jego pokoju i prosił go o policzenie goli.
– Tata, dzisiaj Sadok trafił samobóję – emocjonował się po kolejnym meczu. – A Śliwa strzelał karnego.
Ojciec sięgnął ręką do szuflady biurka i wyciągnął małe zawiniątko.
– To dla ciebie. Jesteś prawdziwym kibicem.
Adrian pospiesznie rozwinął papier, jakim owinięty był prezent i zobaczył piękną sportową koszulkę piłkarza z numerem dziesięć.
– Dzięki, tata! – krzyknął, próbując objąć szyję taty.
W czwartkowe popołudnie ojciec jak zwykle wyjechał na zebrania do firmy, zostawiając Adriana w domu z ciotką. Zbliżał się czas kolejnego meczu i Adrian biegał po pokoju, nie mogąc się doczekać rozpoczęcia spotkania. Ciotka coraz mniej rozpoznawała w nim spokojnego i skupionego chłopaka, jakim był kiedyś. Teraz miała przed sobą rozkrzyczane i pełne energii dziecko.
– Ciocia, mam nową koszulkę! – zawołał do niej.
– No, bomba – ucieszyła się razem z nim, po czym usiadła na fotelu i włączyła telewizor.
Adrian był już przy oknie. Rozejrzał się po trawniku i w myślach sprawdził listę obecności. Byli wszyscy, w tym był jego ulubiony Śliwa.
Mecz zaczął się, a Adrian na jednej z ostatnich kartek zeszytu zaznaczał kolejne gole. Czasem podrywał się z krzesełka do okna, gdy Oriony atakowały bramkę Piorunów.
Podczas jednej z takich akcji po kilku ładnych krzyżowych podaniach piłka podskoczyła w górę niedaleko bramki Piorunów. Na pełnej prędkości wyskoczył do niej Śliwa, który potężnym kopnięciem z woleja sprawił, że piłka poszybowała tak daleko i wysoko, jak nigdy do tej pory na meczu. Adrian także śledził ją wzrokiem, gdyż szybowała ona wprost na niego.
Ciotka przełączyła kanał telewizyjny po zakończeniu kolejnego odcinka jej ulubionego serialu. Na innym kanale zaczynał się nowy odcinek kolejnego serialu. Ziewnęła szeroko, po czym pociągnęła łyk herbaty z kubka. Nie zdawała sobie zupełnie sprawy z tego, co dzieje się w pokoju, w którym Adrian oglądał mecz piłkarski. Usłyszała tylko ciche stłumione uderzenie, zupełnie jakby u sąsiadów piętro wyżej ktoś trzasnął przy zamykaniu wersalki.
Adrian śledził lot piłki do samego końca. Futbolówka odbiła się głucho od ściany ich balkonu i spadła na balkonową podłogę. W środku Adriana działo się coś niebezpiecznego. Poprzez nagły napływ olbrzymich emocji poczuł, jak żołądek zaciska się mocno, jak ściśnięta pięść. Nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie stało.
Zeskoczył z krzesła i podbiegł do drzwi balkonu. Już miał łapać za klamkę, gdy w głowie usłyszał głos taty, który mówił mu o tym, że nie może on wychodzić samemu na balkon. Przez ułamek chwili Adrian walczył z głosem taty. Myśl o piłce była jednak o wiele silniejsza. Nacisnął klamkę drzwi balkonu i otworzył je na oścież.
Tuż przed nim, niemal u jego stóp leżała wysłużona piłka. Nie mógł uwierzyć w to, że to dzieje się naprawdę. Wszedł na balkon i złapał w dłonie futbolówkę. Miał ją teraz w rękach, słynną piłkę, którą Śliwa strzelił tak wiele goli. Była dla niego jak namacalna legenda. Przejechał palcami po łatach piłki. Jego spocone od emocji palce wodziły po piłce, zostawiając mokre paseczki potu. Wlepiał w nią wzrok, a w środku czuł ogromną radość. Z tego stanu wyrwał go czyjś krzyk:
– Ty! Dawaj piłkę!
Podszedł do balkonowej balustrady i zobaczył przed sobą na dole całą drużynę Orionów i Piorunów. Patrzyli teraz na niego. Był tak radosny, że miał ochotę krzyczeć do nich ze szczęścia. Podniósł w górę piłkę i uśmiechnął się do nich szeroko. Znał ich wszystkich, poznawał każdą twarz. Miał ich wszystkie gole skrupulatnie zapisane w zeszycie. Stał tak i uśmiechał się do nich, prężąc przed siebie swą pierś w koszulce z numerem dziesięć.
– Ja go znam – zawołał czyjś głos z dołu. – To taki debil. Tata mówił, że tam mieszka debil.
Inne dzieci zaczęły wołać głośno do góry.
– Ty, debil! Dawaj piłkę!
– Czubek! Rzucaj piłkę, bo dostaniesz wpierdol!
– Eee, złamasie. Rzucaj!
– Debil! Debil! Debil! – wołali niektórzy.
Adrian poczuł jak coś się w nim łamie. Niewidzialny most, który tak długo budował, i w który włożył niespożyty trud, teraz zaczynał trzeszczeć. Ręce, w których trzymał piłkę, stawały się wiotkie jak patyczki z gąbki. Most trząsł się w posadach i pękał jak kolorowy balon. Jego euforia i radość prysnęły niczym mydlana bańka, zostawiając podłą gorycz i żal. Nie rozumiał tego, co się dzieje. Znał ich, byli jego przyjaciółmi. Spojrzał raz jeszcze na dół i zobaczył twarz Śliwy, jego ulubionego Śliwy, który teraz jak nakręcona katarynka wołał do niego „Debil! Debil! Debil!”.
Uśmiech zsunął się z jego twarzy, pozostawiając odcisk psychicznego bólu. Rozgoryczenie i smutek zaczęły wypływać z niego, a twarz pokryła się łzami.
Wtedy, stojąc na tym balkonie, zauważył to, co tak usilnie starał się znaleźć, porównując się do innych. Próbował odpowiedzieć sobie na to, co sprawiało, że jest wyjątkowym, jak mówił mu tata. Teraz już wiedział, że nie jest to ani ubranie, ani anatomia, ani znajomość bajek. Poczuł ból zranienia mocniej niż kiedykolwiek w swoim życiu. Osunął się na podłogę balkonu, zwinął się w kłębek i gorzko płakał.
Ciotka znalazła go dopiero po kilku minutach, gdy poczuła w mieszkaniu przeciąg. Leżał cały czas w tej samej pozycji i bez opamiętania płakał. Podeszła do niego i uniosła go z podłogi. Wzięła na ręce i wprowadziła do pokoju.
– Co się stało?! – zapytała zmartwiona.
– Ja nie chcę być już wyjątkowy – wyszeptał i jeszcze mocniej się rozpłakał.

Komentarze

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

PsychoSzał wersja 0.1a - Copyright © 2017 Piotr Tosz
Ta strona używa plików cookies niezbędnych do prawidłowego działania. Akceptuję ciasteczka z PsychoSzał.pl więcej informacji