Delegacja - piotr

Data dodania: 1514301737

Tekst pochodzi ze zbioru opowiadań Piotra Tosza pt. "Opowiadania dla wrażliwych"

W taką pogodę na osiedlu można spotkać wielu ludzi. Wychodzą z mieszkań swych bloków, siadają na ławkach, spacerują i rozmawiają. Wszystko po to, aby wyjść z betonu i jak jaszczurki zażyć trochę lipcowego słońca, którego tego lata Pan Bóg udzielił obficie.
Z lotu ptaka widok osiedla jest jeszcze ciekawszy. Ludzie oblepiają osiedlowe ławki jak malutkie mszyce dorodne warzywo. A gdy tylko zwolni się jakieś miejsce, to można nawet nie doliczyć do pięciu, a już pojawia się przy nim ktoś nowy. Co sprytniejsi zabierają ze sobą koce i rozkładają je gdzieś w ustronnym cieniu. W gęstym ciepłym powietrzu unosi się gwar rozmów, który powabnie szybuje jak nić babiego lata.
– No niech pani spojrzy, Kowalska znów wyszła z dekoltem po pępek. Że tej babie nie wstyd – powiedziała Majchrowska, wskazując na kobietę wchodzącą do samochodu.
– Ano. Ino młodzików gorszy – odparła Rumowska.
– Schlebia jej pani. Za stara jest, żeby gorszyć – w głosie Kawczykowej słychać było złość.
Siedziały na ławce w trójkę: Majchrowska, Rumowska i Kawczykowa, trzy kobiety o posępnych twarzach i czujnym spojrzeniu, które mimo upływających lat, wciąż potrafiło wzorowo wychwycić detale z daleka. Pospolicie nazywane “sąsiadki” – bo taka więź ich łączyła – zajmowały ławkę umiejscowioną na centralnym skwerze osiedla. Jeżeli to osiedle miało jakiś środek, to był nim właśnie ten skwer. Ławka ta była dla nich jak żołnierska wieża strażnicza, którą zdobywały już wczesnym ranem, zanim większość mieszkańców osiedla wstała z ciepłych łóżek.
Z bloku, w którym zamieszkiwały sąsiadki, wyszła kobieta w średnim wieku, a wraz z nią dwójka małych dzieci, dziewczynka i chłopczyk, które posłusznie trzymały kobietę za ręce. Ubrana była w jednokolorową sukienkę w kolorze dorodnej brzoskwini. To, co przykuwało uwagę to jej twarz, na której dało się widzieć wymalowany bolesny smutek. Ten szczegół nie umknął też uwadze sąsiadek.
– Co pani taka przybita, pani Kraś? – zagadnęła Rumowska.
Na widok sąsiadek twarz kobiety znacznie złagodniała i teraz przybrała wyraz zniechęcenia.
– Żyć się nie chce – odpowiedziała kobieta. – Czasem tak życie doskwiera.
– Niech pani poczeka, jak będzie w naszym wieku. Wtedy to dopiero życie doskwiera – rzekła Majchrowska.
– Jacuś znów chory i znów angina. Idziemy do lekarza.
Jacuś zrobił kwaśną minę i szarpnął niecierpliwie mamy rękę.
– Idziemy, mama?
– Jacek, pewnie za dużo zimnych napojów pijesz – powiedziała Rumowska.
– Nie piję – odpowiedział z małym wyrzutem.
– A Marcysia też chora? – Majchrowska wskazała na dziewczynkę.
– Nie. Idzie z nami, bo nie ma z kim zostać – oznajmiła Krasiowa.
Jacek znów szarpnął mamy rękę.
– Zostaw pani Marcysię z nami. Mniejszy kłopot będzie.
Choć nie chciała zostawiać dziecka z sąsiadkami, ta propozycja wydała jej się mocno kusząca i Krasiowa poczuła jakiś rodzaj ulgi.
– A chętnie. Dziękuję – odpowiedziała do sąsiadek i dodała do Marcysi. – Bądź grzeczna tutaj z ciociami.
– Mhm – zamruczała Marcysia.
Lekko udawany uśmiech zawitał na twarzy Krasiowej, która razem z Jacusiem zaczęła iść w stronę przychodni lekarskiej. Sąsiadki odprowadziły wzrokiem Krasiową, a gdy ta zniknęła za kolejnym blokiem osiedla, powiedziały do Marcysi:
– Co Marcysiu, z tatą nie chciałaś zostać w domu? – zapytała Kawczykowa.
Marcysia uśmiechała się do sąsiadek, obdarowując je setką szczerych dziecięcych uśmiechów.
– Tata śpi – z dozą wstydliwości odpowiedziała Marcysia.
– A czemu tata w dzień śpi? – zaciekawiła się Rumowska.
Marcysia wzruszyła ramionami i rzekła:
– Odpoczywa przed delegacją.
– O, na delegacje się wybiera? – Majchrowska podchwyciła temat.
– Aha – Marcysia pokiwała głową.
– A daleko wyjeżdża?
– Nie wiem.
– Idź sobie do piaskownicy, dziecko – zaproponowała Rumowska.
Marcysia przytaknęła ruchem głowy i pobiegła do piaskownicy położonej kilka metrów od ławki sąsiadek.
Majchrowska błądziła końcem swej krótkiej laski po płytce chodnika. Spojrzała na Kawczykową i Rumowską i rzekła:
– Patrzcie, jak dziecko kłamać nauczyli. Delegacja.
– No, wstyd taki przykład dziecku dawać.
– Wszyscy i tak wiedzą, że do czubków na Sienkiewicza idzie. Taka to delegacja.
– No wie pani, szpital jest szpital – odpowiedziała Rumowska.
Majchrowska spojrzała koso na Rumowską.
– A daj pani spokój – syknęła Majchrowska. – Choć może dobrze, niech idzie. Bo ja to się boję, że on nas kiedyś w tym bloku wysadzi. Z wariatami nie ma żartów.
– Myśli pani, że może wysadzić? – zdziwiła się Kawczykowa.
– A pewnie. W piwnicy jest gaz. A ja go widziałam ostatnio w piwnicy.
– Jezus Maria – zmartwiła się Kawczykowa. – Ludzie to naprawdę są paskudni.
– A no są – przytaknęła Majchrowska.
Rumowska skrzywiła się, jakby coś z nią było nie w porządku. Rozejrzała się dookoła. Na osiedlu było coraz więcej ludzi. Część z nich przechodziła tylko w drodze z pracy czy ze szkoły. Niektórzy zatrzymywali się na ławkach, inni spieszyli do domów na obiad.
– Czasem tak jest, że człowieka choroba dotknie – rzekła Rumowska.
Majchrowska bardziej nerwowo podrapała laską o chodnik.
– Choroba chorobą, ale on nie powinien między ludźmi w bloku mieszkać. To niebezpiecznie. Tu dzieci są. Kto wie, kiedy mu się jakaś klapka w głowie przestawi i będzie nas z siekierą ganiać, jak ten z telewizji wczoraj – wzburzyła się Majchrowska.
Czas mijał sąsiadkom na rozmowie. Godzinę później pod blok sąsiadek podjechał sportowy samochód, z którego wyszedł syn Rumowskiej. Ta pożegnała się z sąsiadkami i udała się z synem do domu.
– Ten syn Rumowskiej to też jakiś podejrzany – powiedziała Majchrowska.
– Że niby co? – zaciekawiła się Kawczykowa.
– No, że pieprznięty jest.
– Myśli pani? – zapytała.
– Nie wiem, może dlatego tak broniła tego Krasia. A syn taki jakiś spokojny jest, za spokojny.
Zza bloku wyłoniła się postać Krasiowej. Szła z Jacusiem trzymającym ją za rękę. W drugiej ręce dzierżyła torbę z zakupami. Podeszła do sąsiadek, podziękowała za opiekę nad Marcysią i wróciła z dziećmi do domu.
W domu Krasiów panowała cisza. Krasiowa otwarła drzwi kluczem i weszła do środka. Puściła szybkie spojrzenie do dużego pokoju, upewniając się, że jej mąż jest w domu. Siedział w fotelu tyłem do wejścia, tak że z przedpokoju można było zobaczyć tylko czubek jego głowy. Jego oczy były zamknięte i nie otworzyły się także na dźwięk otwieranych drzwi wejściowych. Krasiowa podeszła do fotela i wyciągając rękę, pogłaskała męża po głowie.
– Janek, już piętnasta. Powinieneś wstać – rzekła Krasiowa.
Gałki oczne poruszyły się nieznacznie pod powiekami. Wpływ działania silnych środków przeciwpsychotycznych powodował u niego senność. Uniósł powoli powieki, a czynność ta sprawiała mu trud. Oczy piekły, jak posypane piaskiem, a organizm wołał o sen. Najchętniej by zasnął na wiele długich godzin.
– Spakowałeś pidżamę? – Krasiowa wskazała na podróżną torbę, leżącą w rogu pokoju.
Wtedy dopiero spojrzał na nią. Uniósł tępe spojrzenie i popatrzył jej w oczy spod powiek uniesionych tylko do połowy.
– Spakowałem – odpowiedział z trudem w głosie.
Krasiowa nachyliła się nad mężem i pocałowała go w czoło. Po tym wyszła do kuchni, wołając po drodze dzieci. Janek opadł z powrotem na oparcie fotela i na powrót zamknął oczy. Był otępiały od lekarstw, które przepisała mu jego doktor. Po paru sekundach Janek z powrotem zanurzył się w sen.
Obudził go czyjś dotyk. Powoli uniósł powieki i zobaczył Marcysię, która trzymała jego rękę bezwładnie spoczywającą na krawędzi fotela.
– Tata, znowu śpisz – powiedziała Marcysia.
Spojrzał na nią i zrobiło mu się smutno.
– Tata – znów zaczęła Marcysia. – A to prawda, że chcesz wysadzić nasz blok?
Janek poczuł lekkie otrzeźwienie. Nadal wyglądał bardzo spokojnie.
– Kto ci takie głupoty naopowiadał? – powoli zapytał.
– Bo pani Majchrowska mówiła, że... – zaczęła się tłumaczyć.
– Zawołaj mamę – rozkazał.
Po chwili do pokoju weszła Krasiowa. Podeszła do męża i usiadła na pufie tuż przy nim. Jej twarz wyrażała zatroskanie.
– Lidka, musimy powiedzieć dzieciom.
Twarz Krasiowej zmieniła się na jeszcze smutniejszą. Złapała Janka rękę i mocno ścisnęła.
– Na pewno chcesz tego? – zapytała, a jej głos zaczął drgać.
– Na pewno. Im wcześniej się dowiedzą, tym lepiej – powiedział. – Im wcześniej, tym lepiej – powtórzył cicho i znów zamknął powieki, do których zaczął napływać sen.
Późne popołudnie przyniosło nad osiedle trochę chmur. Teraz wszyscy bez rywalizacji o miejsce do siedzenia mogli mieć swój kojący kawałek cienia. Kawczykowa spojrzała wysoko w niebo. Przypatrzyła się kłębiastym jak liście kapusty chmurom, po których jak mały ślimak leniwie pełzał samolot.
– Będzie deszcz – rzekła po chwili.
– Może będzie. Kto to wie – powiedziała Majchrowska, której oczy zatrzymały się nieruchomo, jak u polującego drapieżnika. – Patrz pani, Krasie idą.
Z klatki schodowej bloku sąsiadek wybiegła skocznym krokiem Marcysia. Zaraz za nią wyszedł Jacuś i jego mama. Na końcu flegmatycznym krokiem szedł Janek, trzymając w ręce torbę podróżną. Na chodniku zrównali się wszyscy czworo.
– Witam państwa. Gdzie to państwo idą? – zaciekawiła się Kawczykowa, gdy Krasiowie przechodzili obok ławki sąsiadek.
– Odprowadzamy męża – szybko odpowiedziała Krasiowa.
– Na delegację? – Majchrowska zapytała nieprzyjemnym tonem.
– Na delegację – potwierdziła Krasiowa.
Janek przebiegł błędnym wzrokiem po twarzach sąsiadek. W głowie skojarzyło mu się, że ich oczy są niczym chciwe piranie, które kąsają i obdzierają go z normalności. A on jak Prometeusz przywiązany do skał, wystawiony był na to cierpienie. Zrobiło mu się przykro, że są tacy ludzie, którzy paroma słowami potrafią odebrać człowiekowi człowieczeństwo za to, że po prostu człowiek jest.
– Panie wybaczą, spieszymy się na samolot – zupełnie naturalnie powiedział Janek i spacerowym krokiem odszedł wraz z rodziną.

Komentarze

Tylko zalogowani użytkownicy mogą dodawać komentarze.

PsychoSzał wersja 0.1a - Copyright © 2017 Piotr Tosz
Ta strona używa plików cookies niezbędnych do prawidłowego działania. Akceptuję ciasteczka z PsychoSzał.pl więcej informacji